W centrum Reykjavíku zimą potrafi być cieplej niż w Warszawie o tej samej porze roku, a jednocześnie godzinę jazdy dalej wiatr potrafi przewrócić dorosłego człowieka. Islandia to nie „ładne widoczki”, tylko żywy, kapryśny organizm. Kto nastawi się tylko na odhaczanie atrakcji, szybko się sfrustruje. Kto przygotuje się na zmianę planów co godzinę, dostanie w zamian poczucie bycia naprawdę „na końcu świata” przy jednoczesnej świetnej infrastrukturze. Ten przewodnik jest po to, żeby połączyć surowość natury z komfortem podróży – bez udawania, że to łatwy i tani kierunek, ale z konkretami, które realnie ułatwiają wyjazd.
Legenda (kliknij aby pokazać/ukryć):
Główne miasta i baza wypadowa: gdzie się zatrzymać
Na Islandii miasta są raczej punktami serwisowymi niż celem samym w sobie, ale kilka z nich ma swój charakter i znacząco ułatwia logistykę.
Reykjavík to naturalna baza dla większości podróży. Lotnisko międzynarodowe w Keflavík leży ok. 50 km od centrum, dojazd autobusem lotniskowym to zazwyczaj 45–50 minut. Samo miasto jest kompaktowe – ścisłe centrum przechodzi się spokojnie pieszo w 20–30 minut. Wieczorami przy głównej ulicy Laugavegur czuć miksturę zapachu morskiej bryzy, smażonej ryby i kawy z hipsterskich kawiarni.
Akureyri, nazywane „stolicą północy”, leży około 390 km od Reykjavíku, czyli 4,5–5,5 godziny jazdy samochodem w zależności od pogody. To dobre miejsce na bazę przy zwiedzaniu północno-wschodniej części wyspy (okolice jeziora Mývatn, wodospadu Goðafoss). Samo miasto ma sympatyczne centrum, kolorowe domki, ogrzewane geotermalnie chodniki, więc zimą uliczki nie są skute lodem.
Na południu rozsądne bazy to małe miejscowości przy „jedynce” (głównej obwodnicy): Vík í Mýrdal (ok. 190 km od Reykjavíku), Kirkjubæjarklaustur (ok. 250 km) czy okolice Höfn. Nie ma tam typowo „miejskiego” klimatu, ale są stacje benzynowe, noclegi i najważniejsze – bliskość plaż, lodowców i klifów.
Na Islandii „miasteczko” to często kilka ulic, stacja benzynowa, kościół i basen geotermalny. Nie warto zakładać, że „na pewno gdzieś po drodze będzie supermarket” – szczególnie poza południowym wybrzeżem.
Natura i krajobrazy: jak to sensownie poukładać
Islandia kusi tym, że co kilkanaście minut jazdy krajobraz zmienia się diametralnie. Żeby nie zamienić podróży w nerwowy sprint od atrakcji do atrakcji, lepiej z góry rozpisać regiony.
Południe – łatwo dostępne „greatest hits”
Południowe wybrzeże, od Reykjavíku do okolic Höfn, to najbardziej „fotogeniczny” fragment dla osób pierwszy raz na wyspie. W zasięgu jednodniowych wypadów lub 2–3 dniowej trasy są m.in.: wodospady Seljalandsfoss i Skógafoss, czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi kolumnami, lodowce Sólheimajökull i Vatnajökull, laguna lodowcowa Jökulsárlón i tzw. Diamentowa Plaża.
To fragment Islandii, gdzie pogoda bywa najbardziej kapryśna – mgła potrafi odciąć widok na klify w sekundę, a deszcz zmienia się w poziomy grad. Ale jednocześnie właśnie tutaj infrastruktura jest najlepiej przygotowana na ruch turystyczny: parkingi, ścieżki, toalety, czytelne oznaczenia.
Złoty Krąg (Golden Circle) – blisko, ale nie tylko „dla autobusów”
Klasyczne trio: Þingvellir (Park Narodowy, miejsce styku płyt tektonicznych), gejzery w Haukadalur z aktywnym Strokkurem oraz wodospad Gullfoss. Całość da się zrobić w 6–8 godzin z Reykjavíku. Dla kogoś nastawionego na ciszę i brak ludzi w sezonie, ten set może męczyć – ale przy dobrym rozplanowaniu nadal warto:
- ruszyć bardzo wcześnie (wyjazd ok. 7:00) albo później popołudniu,
- połączyć zwiedzanie z kąpielą w mniej zatłoczonych termach w okolicy, np. Secret Lagoon (Gamla Laugin).
Północ i interior – mniej ludzi, więcej przestrzeni
Rejon jeziora Mývatn, pola geotermalne Hverir, kratery wulkaniczne, jaskinie lawowe i wodospady (Dettifoss, jeden z najpotężniejszych w Europie) to już Islandia bardziej „księżycowa” niż pocztówkowa. Trasa z Akureyri w kierunku Mývatn to około 90 km, ale warto liczyć na nią cały dzień, bo co chwilę chce się zatrzymywać.
Interior (drogi typu F, np. do Landmannalaugar) to osobny temat – wymaga samochodu 4×4, elastycznego planu i akceptacji, że rzeka, którą rano można było przejechać, po południu jest już nie do sforsowania. Nagroda: kolory gór ryolitowych, parująca ziemia i wrażenie, że poza kilkoma namiotami i chatką strażnika parku nie ma tam nic.
Latem na popularnych szlakach w interiorze największym „hałasem” bywa odgłos helikoptera służb ratunkowych. Nie warto testować swoich granic na siłę – lokalsi naprawdę wiedzą, kiedy zawracać.
Plaże, klify i ocean – czarne piaski i sztormowy hałas
Islandia nie kojarzy się z plażami w klasycznym sensie i słusznie – wejście do wody kończy się zwykle błyskawicznym drętwieniem stóp. Ale wybrzeże to jeden z najmocniejszych punktów programu.
Reynisfjara to słynna czarna plaża przy Vík, gdzie fale Atlantyku potrafią wciągnąć człowieka w wodę kilkoma gwałtownymi „skokami”. Mieszanka zapachu mokrej, wulkanicznej skały i słonej mgły, połączona z głuchym hukiem fal odbijających się od klifów, robi swoje. Tu nie ma miejsca na nonszalancję – znaki ostrzegawcze są tam z bardzo konkretnych powodów.
Na wschodzie, w okolicach Stokksnes (niedaleko Höfn), czarne wydmy i góra Vestrahorn tworzą plener, który wygląda jak plan filmowy do mrocznego fantasy. W bezwietrzne dni odbicie góry w płytkiej wodzie na piasku potrafi być bardziej „instagramowe” niż cokolwiek na południu, a ludzi jest wyraźnie mniej.
Z kolei północne fiordy, np. okolice Siglufjörður, dają bardziej „nordycki” klimat: niewielkie miasteczka przyklejone do zboczy gór, łodzie rybackie, krzyki mew i zapach świeżo złowionej ryby przy nabrzeżu.
Zabytki i atrakcje: co naprawdę warto, a co można odpuścić
Na Islandii „zabytki” w klasycznym europejskim rozumieniu są drugorzędne. Tu głównym „musem” jest krajobraz, ale kilka miejsc zdecydowanie zasługuje na uwagę.
- Þingvellir – nie tylko geologia, ale też miejsce dawnego islandzkiego parlamentu Alþingi. Tablice informacyjne dają niezły wgląd w historię kraju, a przy ładnym świetle spacer między szczelinami tektonicznymi ma w sobie coś z filmowego planu.
- Hallgrímskirkja w Reykjavíku – kościół, który dominuje nad panoramą miasta. Najważniejszy jest taras widokowy na górze: przy dobrej pogodzie Kolorowe dachy, zatoka i góry w tle porządkują w głowie układ miasta.
- Muzea rybackie i związane z oceanem w małych miejscowościach (np. w Siglufjörður czy Stykkishólmur) – często niedoceniane, a pomagają zrozumieć, że Islandia to nie tylko turystyka, ale przede wszystkim wyspa rybaków i ludzi żyjących w rytmie morza.
- Baseny geotermalne jako „atrakcja kulturowa” – dla Islandczyków to coś pomiędzy klubem osiedlowym a kawiarnią. Wieczorem w miejskich basenach (np. Sundhöllin w Reykjavíku) więcej się rozmawia niż pływa.
Najbardziej „lokalnym” doświadczeniem nie jest kąpiel w drogim Blue Lagoon, tylko popołudniowy relaks w zwykłym miejskim basenie za około 40–60 zł, w jacuzzi pod gołym niebem przy 0°C i śniegu.
Tradycje, codzienność i trochę kultury
Islandczycy na pierwszy rzut oka bywają zdystansowani, ale pod powierzchnią jest sporo ciepła i autoironii. W małych miejscowościach często wystarczy zapytać na stacji benzynowej o szlak albo restaurację, żeby dostać serię praktycznych porad plus anegdotę o ostatnim sztormie.
Ważne elementy kultury, które widać od razu:
- Baseny geotermalne jako centrum życia społecznego – od dzieci po seniorów.
- Silny związek z literaturą – w księgarniach sporo islandzkich kryminałów, a w grudniu trwa tzw. „książkowa powódź” (Jólabókaflóðið), gdy wszyscy obdarowują się książkami.
- Muzyka – od Björk i Sigur Rós po lokalne zespoły metalowe; małe koncerty trafiają się nawet w wiejskich salach.
Z tradycyjnych zwyczajów najwięcej widać zimą – 13 islandzkich „Mikołajów” (jólasveinar) pojawia się stopniowo w grudniu, a sylwestrowe ogniska i fajerwerki w Reykjavíku potrafią być bardziej intensywne niż w niejednej europejskiej stolicy.
Kuchnia i lokalne smaki: co zjeść, a czego spróbować tylko raz
Kuchnia islandzka nie jest subtelna; bardziej chodzi o prostotę i jakość składników niż wyrafinowanie. Dobrze wypadają:
- Ryby i owoce morza – codziennie świeże, często przygotowywane bez zbędnych kombinacji: grillowany łosoś, dorsz, placki rybne, zupa rybna (fiskisúpa) na rosole z kawałkami ryby i warzywami. Typowy zestaw lunchowy w prostym bistro to ok. 80–120 zł.
- Lamb (jagnięcina) – delikatna, bo owce pasą się praktycznie wszędzie. Pieczona jagnięcina, gulasz (kjötsúpa) albo burgery jagnięce są bezpiecznym wyborem.
- Skyr – gęsty nabiał przypominający coś pomiędzy jogurtem a serkiem. W sklepach za kilka–kilkanaście złotych, idealny jako śniadanie w trasie.
- Pylsur – islandzkie hot-dogi, np. w Reykjavíku przy Bæjarins Beztu Pylsur. To tani (ok. 20–25 zł) i całkiem sycący street food, szczególnie z pełnym zestawem dodatków: surowa cebula, prażona cebulka, musztarda, remulada, specjalny sos brązowy.
Eksperymentalne smaki, które są bardziej ciekawostką niż codziennym jedzeniem:
Hákarl – fermentowany rekin. Smak i zapach amoniaku, tekstura żujka. Raz w życiu wystarczy. Podaje się go często z lokalną wódką Brennivín. Jeśli ktoś koniecznie chce spróbować, lepiej w wersji degustacyjnej w muzeum lub na farmie niż w turystycznej „pułapce” za absurdalne pieniądze.
W zwykłych supermarketach (np. Bónus, Krónan) da się sensownie zaopatrzyć: chleb, sery, wędliny, gotowe sałatki, skyry. Przy islandzkich cenach restauracji plan z „jednym ciepłym posiłkiem dziennie na mieście, reszta z marketu” pozwala realnie ciąć koszty.
Praktyczne informacje: transport, dni, orientacyjne koszty
Jak się poruszać
Samochód to najbardziej elastyczna opcja. Główna droga nr 1 (obwodnica „Ring Road”) jest asfaltowa i przejezdna większość roku, ale zimą odcinki północne i wschodnie potrafią się zamykać. Auto z napędem 4×4 nie jest konieczne, jeśli plan obejmuje tylko główne drogi i południe w lecie, ale daje większy margines bezpieczeństwa przy gorszej pogodzie.
Na drogach F (górskich, do interioru) wymagany jest samochód 4×4, a ubezpieczenia wypożyczalni często nie obejmują uszkodzeń po przeprawach przez rzeki – warto czytać umowy, a nie tylko kliknąć „akceptuję”.
Autobusy (linie typu Strætó i sieć autobusów highlandowych latem) pozwalają przejechać główne trasy, ale wymagają więcej planowania. Przy krótkim wyjeździe i chęci zobaczenia „dużo w mało dni” robi się to mało praktyczne.
Ile dni na Islandię
- 4–5 dni – Reykjavík + Złoty Krąg + fragment południa (np. do Vík). Intensywnie, ale realne.
- 7–10 dni – spokojne południe do laguny Jökulsárlón i z powrotem, z rezerwą pogodową. Można dorzucić interior (np. Landmannalaugar) latem.
- 12–14 dni – pełna obwodnica wyspy samochodem z sensowną ilością przystanków.
Krócej niż 4 dni przy przylocie z Europy Środkowej ma sens głównie biznesowo lub tranzytowo.
Koszty (orientacyjnie)
Ceny się zmieniają, ale warto założyć, że Islandia jest wyraźnie droższa niż Polska:
- nocleg w pokoju dwuosobowym w guesthousie: od około 450–700 zł za noc przy wcześniejszej rezerwacji,
- prosty obiad w restauracji/bistro: 80–150 zł,
- piwo w barze: około 35–50 zł,
- wypożyczenie samochodu (małe auto, sezon): od ok. 200–300 zł za dzień + paliwo (droższe niż w Polsce),
- wejście do bardziej „instagramowych” term (np. Blue Lagoon, Sky Lagoon): zwykle od 250–400 zł w górę, zależnie od pakietu.
Żeby nie zbankrutować, dobrze działa miks: zwykłe termy miejskie kilka razy, jedna droższa „atrakcja termalna”, zakupy w marketach i gotowanie / kanapki w trasie, plus jeden–dwa porządne obiady rybne w sprawdzonych miejscach.
Najlepszy czas na wyjazd: nie ma „idealnego” miesiąca
Wybór terminu w Islandii to kompromis: albo więcej światła i zieleni, albo większe szanse na zorzę.
Czerwiec–sierpień – bardzo długi dzień (w czerwcu na północy praktycznie brak nocy), drożej, więcej turystów, ale mniejsze ryzyko odwołanych planów przez śnieg. Dobry czas na obwodnicę i interior.
Maj i wrzesień – często najlepszy balans. Mniej ludzi niż w szczycie, nadal sporo światła (zwłaszcza we wrześniu), niższe ceny na niektórych noclegach i w wypożyczalniach. Pogoda bywa kapryśna, ale zieleni jeszcze/już trochę jest.
Październik–marzec – sezon na zorzę polarną (norðurljós), ale też sezon na zamknięte drogi, sztormy i szybko zapadający zmrok. Dobre rozwiązanie to „zimowy city break”: Reykjavík + jednodniowe wypady (Złoty Krąg, południe) z dużą elastycznością. Trzeba być gotowym na to, że jednego dnia nie da się wyjechać za miasto i… trudno, trzeba posiedzieć w termach.
Zorza nie jest gwarantowana nigdy, nawet przy „silnym indeksie KP” w aplikacji. Najsensowniejsza strategia: kilka nocy poza centrum miasta, daleko od świateł, elastyczność i gotowość do wyjścia na mróz o 1 w nocy.
Jak planować, żeby było autentycznie, a nie „na hurra”
Islandia kusi tym, żeby „zobaczyć wszystko”. Przy ograniczonym czasie lepiej mądrze wybrać mniej punktów i naprawdę je przeżyć, niż co godzinę zmieniać lokalizację. Kilka zasad, które pomagają zachować równowagę:
- Nie rezerwować noclegów „co noc gdzie indziej”, jeśli można zostać dwa–trzy dni w jednym miejscu i robić jednodniowe pętle.
- Zostawiać przynajmniej 20–30% dnia jako „bufor pogodowy”. Jeśli coś wypadnie z planu, niech to będzie „opcjonalny wodospad”, a nie jedyna szansa na zobaczenie lodowca.
- Łączyć popularne miejsca z mało znanymi: np. po Reynisfjarze zajrzeć na spokojniejszą pobliską plażę, po Blue Lagoon – na zwykły basen miejski, po Mývatn – na krótki spacer po lokalnej wiosce.
- Rozmawiać z ludźmi: pracownicy hosteli i pensjonatów często lepiej niż aplikacje wiedzą, która droga danego dnia jest naprawdę przejezdna i gdzie zrobić bezpieczny spacer przy silnym wietrze.
Islandia odwdzięcza się tym, którzy przyjeżdżają nie tylko „po zdjęcia”, ale też z szacunkiem do warunków, ludzi i własnych granic. Z takim nastawieniem surowy krajobraz nie męczy, tylko daje to rzadkie dziś poczucie, że nie wszystko jest pod kontrolą – i właśnie dlatego warto tam pojechać.
