Nowa Zelandia śladami czterech żywiołów – podróż przez krainę ognia, lodu, wody i wiatru

Są kraje, które poznajemy przez zabytki, kuchnię albo historię. Nową Zelandię najlepiej odkrywać poprzez żywioły. Tutaj ziemia paruje pod stopami, lodowce niemal dotykają lasów deszczowych, a górskie jeziora przybierają kolor rozpuszczonego turkusu. Nad wybrzeżem Morza Tasmana wiatr przynosi zapach oceanu, przypominając, że znajdujemy się na odległym skrawku lądu położonym pomiędzy bezkresem wody a Antarktydą. Podróż przez Nową Zelandię nie jest więc zwykłym przejazdem od jednej atrakcji do drugiej. To spotkanie z planetą w jej najbardziej pierwotnym wydaniu. Ogień, lód, woda i wiatr nie tworzą tu jedynie krajobrazu – wyznaczają rytm całej wyprawy.

Ogień – parująca ziemia Rotorua i wulkany Tongariro

Pierwszy z nowozelandzkich żywiołów czuć jeszcze zanim zobaczy się jego ślady. W okolicach Rotorua powietrze przesycone jest charakterystycznym zapachem siarki. Ziemia syczy, bulgocze i wypuszcza kłęby pary, jak gdyby pod powierzchnią pracował gigantyczny kocioł. Gorące źródła, błotne sadzawki i fumarole przypominają, że Nowa Zelandia leży na styku płyt tektonicznych i stanowi część Pacyficznego Pierścienia Ognia.

Jednym z najbardziej widowiskowych miejsc regionu jest dolina geotermalna Te Whakarewarewa. To tutaj znajduje się gejzer Pohutu, który potrafi wyrzucać wodę na wysokość około 30 metrów. Widowisko nie jest uruchamiane na potrzeby turystów – powstaje dzięki naturalnemu ciśnieniu gromadzącemu się głęboko pod ziemią. Nigdy nie wiadomo dokładnie, w której chwili spokojna na pozór przestrzeń nagle wypełni się hukiem, parą i strumieniem gorącej wody.

Rotorua jest również jednym z najważniejszych miejsc związanych z kulturą Maorysów. Zjawiska geotermalne od pokoleń stanowiły część ich codziennego życia: gorącej wody używano do kąpieli, ogrzewania i przygotowywania posiłków. Dzięki temu ogień nie jest tu wyłącznie niszczycielską siłą, ale także źródłem życia i elementem lokalnej tożsamości.

Inne oblicze tego żywiołu odsłania Park Narodowy Tongariro. Nad płaskowyżem wznoszą się aktywne wulkany Tongariro, Ruapehu i Ngauruhoe. Ich surowe zbocza, zastygłe pola lawy i niemal pozbawione roślinności doliny wyglądają jak krajobraz z innej planety. Nic dziwnego, że właśnie te tereny wykorzystano podczas realizacji filmowej trylogii „Władca Pierścieni”. Ruapehu i jego otoczenie stały się częścią ekranowego Mordoru, a sylwetka Ngauruhoe była inspiracją dla Góry Przeznaczenia.

Spacer po tym terenie pozwala poczuć, że pod pozornie nieruchomą powierzchnią wciąż drzemią ogromne siły natury. Właśnie tutaj Nowa Zelandia pokazuje swoje najbardziej surowe i nieprzewidywalne oblicze.

Lód – błękitne szczeliny i lodowce schodzące ku lasom

Po ognistych krajobrazach Wyspy Północnej przychodzi czas na chłód Alp Południowych. Ich najwyższym punktem jest Aoraki/Mount Cook, wznoszący się na wysokość 3724 metrów. Pokryte śniegiem szczyty wyrastają ponad jeziorami Pukaki i Tekapo, których niezwykła barwa powstaje dzięki drobnym cząsteczkom skał przynoszonym przez wodę z topniejących lodowców.

W pogodny dzień tafla jeziora Pukaki wygląda niemal nierealnie. Intensywny błękit wody kontrastuje z jasnymi wierzchołkami gór, a na horyzoncie pojawia się charakterystyczna sylwetka Aoraki. W kulturze Maorysów góra jest świętym przodkiem, dlatego jej maoryska nazwa pojawia się dziś przed angielskim określeniem Mount Cook.

Jeszcze bliższe spotkanie z lodem czeka na zachodnim wybrzeżu Wyspy Południowej. Lodowce Fox i Franz Josef są wyjątkowe, ponieważ spływają ze zboczy Alp w kierunku wilgotnych lasów strefy umiarkowanej. Niewiele jest miejsc na świecie, gdzie podczas jednego spaceru można przejść od gęstych paproci i pokrytych mchem drzew do doliny ukształtowanej przez potężną masę lodu.

Widok cofających się jęzorów lodowców ma jednak również bardziej refleksyjny wymiar. Tablice ustawione przy szlakach pokazują, dokąd sięgał lód jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Odległości pomiędzy dawnymi a obecnymi punktami czoła lodowca pozwalają zobaczyć tempo zachodzących zmian bez wykresów i naukowych raportów. Krajobraz sam opowiada swoją historię.

Dla chętnych zupełnie inną perspektywę daje lot helikopterem ponad Alpami Południowymi. Z góry najlepiej widać skalę gór, głębokie szczeliny i lodowe rzeki wijące się pomiędzy skalnymi graniami. Człowiek staje się przy nich niemal niezauważalny.

Woda – Milford Sound, górskie jeziora i podziemne rzeki

Woda w Nowej Zelandii przybiera dziesiątki form. Spada z klifów, wypełnia polodowcowe doliny, ukrywa się w wapiennych jaskiniach i otacza kraj ze wszystkich stron. Najbardziej spektakularne spotkanie z tym żywiołem czeka jednak w Milford Sound.

Droga prowadząca przez Park Narodowy Fiordland jest zapowiedzią tego, co zobaczymy na miejscu. Prowadzi wśród lasów deszczowych, górskich przełęczy i wodospadów pojawiających się po intensywnych opadach. Sam Milford Sound, choć w nazwie ma słowo „sound”, jest w rzeczywistości fiordem wyrzeźbionym przez lodowiec.

Podczas rejsu pionowe ściany skalne wyrastają bezpośrednio z ciemnej wody. Nad krajobrazem dominuje Mitre Peak, a ze zboczy spływają wodospady. Po deszczu powstają ich setki – niektóre znikają już kilka godzin później. Zdarza się, że w pobliżu statku pojawiają się delfiny, uchatki albo pingwiny. Pogoda zmienia się tu bardzo szybko, lecz deszcz nie odbiera temu miejscu uroku. Przeciwnie, to właśnie wtedy Fiordland staje się najbardziej widowiskowy.

Woda potrafi również tworzyć znacznie bardziej kameralne spektakle. Nad jeziorem Tekapo odbija światło o świcie, w Mirror Lakes zamienia góry w niemal idealne lustrzane odbicie, a w jaskiniach Waitomo płynie pod wapiennym sklepieniem. Rejs podziemną rzeką odbywa się w ciszy i ciemności, rozjaśnianej jedynie przez tysiące błękitnych larw muchówek Arachnocampa luminosa. Nad głowami powstaje świetlista konstelacja przypominająca nocne niebo.

Wiatr – opowieści znad Morza Tasmana

Wiatr w Nowej Zelandii jest mniej widoczny niż pozostałe żywioły, ale trudno go nie poczuć. Towarzyszy podróżnikom na otwartych przestrzeniach, górskich przełęczach i surowym zachodnim wybrzeżu. Przynosi zmiany pogody, rzeźbi roślinność i wprawia ocean w nieustanny ruch.

Na trasie wzdłuż Morza Tasmana można zobaczyć plaże, klify i lasy schodzące niemal do samej wody. W Punakaiki wiatr i ocean przez tysiące lat kształtowały Pancake Rocks – wapienne formacje przypominające ułożone jedna na drugiej warstwy naleśników. Podczas przypływu fale wciskają się w szczeliny skalne, a woda i powietrze wybuchają w górę przez naturalne kominy.

Jeszcze dalej na północ leży przylądek Foulwind. Mimo niezbyt zachęcającej nazwy jest to jedno z najlepszych miejsc do obserwowania uchatek w ich naturalnym środowisku. Zwierzęta odpoczywają na skałach, podczas gdy poniżej rozbijają się fale. Nad całym krajobrazem nieustannie krążą morskie ptaki, unoszone przez silne podmuchy.

Wiatr towarzyszy także przeprawie przez Cieśninę Cooka, oddzielającą Wyspę Południową od Północnej. Rejs z Picton do Wellington prowadzi przez poszarpane zatoki Marlborough Sounds, a następnie przez otwarte wody cieśniny. Wellington nie bez powodu uchodzi za jedno z najbardziej wietrznych miast świata. Tutaj żywioł staje się częścią codzienności – czasem łagodną bryzą, a czasem siłą, z którą trzeba się zmierzyć podczas zwykłego spaceru.

Podróż, w której pierwszoplanową rolę gra natura

Nowa Zelandia zachwyca nie liczbą monumentalnych zabytków, lecz intensywnością spotkania z przyrodą. W ciągu kilkunastu dni można zobaczyć parujące doliny, aktywne wulkany, lodowce, fiordy, czarne plaże, jaskinie i jeziora ukryte pomiędzy górami. Każdy kolejny etap przynosi zupełnie inny krajobraz, choć odległości na mapie nie wydają się szczególnie duże.

Dobrze zaplanowana wycieczka do Nowej Zelandii pozwala połączyć oba oblicza kraju: surową, górską Wyspę Południową oraz wulkaniczną Wyspę Północną. W programie wyprawy „Kraj Białej Chmury” przygotowanej przez Ex Oriente Lux znalazły się zarówno najważniejsze symbole Nowej Zelandii, jak i mniej oczywiste miejsca poznawane podczas spacerów i przejazdów małą grupą.

To podróż na drugi koniec świata, ale przede wszystkim wyprawa do źródeł – tam, gdzie ogień nadal kształtuje ziemię, lód pozostawia ślady w dolinach, woda tworzy fiordy, a wiatr niesie od oceanu poczucie przestrzeni i wolności. Który z czterech nowozelandzkich żywiołów chcielibyście poczuć jako pierwszy?